Agar – psi indywidualista

polskion

Pierwszy w naszej „psiej sadze” był Agar. I to dosłownie pierwszy, bo moja mama wzięła go ze schroniska za nim ja pojawiłam się na tym świecie. Nie wiem czy Agar był psem rasowym, ale wyglądał dokładnie jak owczarek polski nizinny – kupa futra na czterech łapach. Gdy stał i nie ruszał się trudno było rozróżnić gdzie jest głowa, a gdzie ogon. Agar od samego początku pokazał moje mamie ,że ma własne zdanie odnośnie kierunku w jakim należy udać się na spacer- zawsze wybierał przeciwny niż ten w którym zamierzała się udać moja mama. Pies siadał na chodniku i żadna siła nie była w stanie go zmusić żeby się ruszył. Po kilku takich przedstawieniach moja mama opracowała prosty sposób, żeby wykiwać Agara. Zaraz po wyjściu z posesji moja mama skręcała w przeciwną stronę niż tak naprawdę zamierzała się udać. Pies nigdy nie zawiódł- zawsze szedł w przeciwną stronę czyli w tą w którą tak naprawdę chciała się udać moja mama. Pies bardzo lubił długie spacery, natomiast nie lubił czekania przed sklepem i wtedy samodzielnie wybierał się na spacer. Zawsze wracał ,ale obawa ,że potrąci go samochód, zmuszała moją mamę do przywiązywania go gdzieś koło sklepu. Psina traktowała to, jako obrazę i brak zaufania i przez parę godzin po takim incydencie udawała całkowitą głuchotę. Wydawałoby się ,że pies ze schroniska nie będzie wybrzydzał przy jedzeniu. Agar był bardzo wybredny. Bardzo nie lubił jarzyny w kaszy i skrupulatnie ją wyciągał z miski i układał wkoło we wzorek. Bywało, że całe jedzenie psu nie smakowało , o czym zawiadamiał swoją panią w ten sposób ,że przynosił wycieraczkę i nakrywał nią miskę. Wiadomo było , że jedzenie można od razu wyrzucić bo i tak go nie tknie. Mama usiłowała go jakoś zachęcić do jedzenia. W tym celu wtykała jakieś lepsze kąski do miski, ale pies był uparty i jak uznał, że nie zjadliwe to nawet kawał kiełbasy nie był w stanie go do tego przekonać. Również wystawianie miski na balkon ,żeby okoliczne bezpańskie koty mogły z niej skorzystać nie przyniosło oczekiwanego efektu. Pies pieklił się za szybą, wypuszczony na balkon przeganiał koty ,a jedzenia i tak nie ruszył. Każdy kto patrzył na Agara myślał, że to wielki, gruby pies, a dopiero w kąpieli widać było ,że to same kości i wielka kupa futra.polski-owczarek-nizinny2035
Kiedy urodziłam się ja, rodzice mieli obawy jak zachowa się pies, ale on tylko mnie powąchał i odszedł na swoje legowisko. Heca zaczęła się wtedy kiedy ja zaczęłam cicho popłakiwać, a Agar wył na cały głos.I odtąd już tak było że pies zawsze był blisko mnie. Sygnalizował mojej mamie ,że coś się dzieje. Pilnował mnie w kąpieli, przy jedzeniu. Kiedy szliśmy na spacer zawsze był koło mojego wózka. Gdy mama szła do sklepu i zostawiała wózek przed sklepem ( tak kiedyś było i nikogo to nie dziwiło) pies siedział pod wózkiem i warczał na każdego kto się tylko zbliżył. Prawdziwą sztamę zaczęliśmy trzymać kiedy zaczęłam już raczkować. Wtedy okazało się ,że stanowimy świetny duet przy wyłudzaniu różnych smakołyków.Ja mówiłam „daj” ,ugryzłam ze dwa razy, a potem pies wyciągał delikatnie smakołyk z mojej ręki. No to ja znowu „daj” i tak dalej. Jak dorośli byli mocno zajęci udawało się nam to podobno parę razy. Cała moja rodzina zgodnie potwierdziła tą historię wiec myślę, że jest prawdziwa – jak miałam trzy miesiące i zmienialiśmy mieszkanie, wszystkie spakowane rzeczy leżały koło tapczanu na którym leżał opatulony „tułubek” czyli ja oraz pies. Kiedy zniknęła ostatnia walizka, ,pies uznał ,że chyba o nas zapomnieli i złapał mnie za powijaki i zaczął ściągać z tapczanu. Na to oczywiście weszła mama i zaczęła na niego krzyczeć ,więc pies położył zawiniątko ,ale nie chciał zejść z tapczanu dopóki mama nie wzięła mnie na ręce.
Agar kochał wodę, a szczególnie kamieniste rzeki. Każdy wyjazd nad Rabę kończył się tym, że po naszym odjeździe na brzegu zostawała sterta kamieni. To było dzieło Agara, który przez cały dzień nurkował i wyciągał kamienie z dna rzeki. I chociaż cały brzeg wypełniony był kamieniami, jego fascynowały tylko te które leżały na samym dnie i to im większe tym lepsze.
Kiedy byłam już starsza, chodziłam z moim tatą na spacery bo Polanie Żywieckiej. Teraz tam wszystko zabudowali, ale kiedyś to była wielka ,podmokła łąka na której okoliczni mieszkańcy wypasali krowy i owce.Tam właśnie podczas któregoś ze spacerów Agar pokazał nam, że jest owczarkiem, bo kiedy tylko zobaczył rozproszone stado krów i owiec, zaczął je zaganiać w jedno miejsce. Poszczekiwał przy tym radośnie i skubał krowy po nogach. Patrzyliśmy z podziwem na naszego „futrzaka” ,że tak dobrze sobie radzi, kiedy z pobliskiego domu wyleciał facet i wywijając jakąś szmatą , zbliżał się do nas w szybkim tempie. Wyglądał dość groźnie więc tata zawołał psa i zaczęliśmy się oddalać. A facet za nami , pokrzykując coś cały czas. Kiedy nas dogonił, stanął przed tatą i powiedział – Panie, sprzedaj mi Pan tego psa. Przecież on całą robotę za mnie odwalił! Oczywiście ,że psa nie sprzedaliśmy , chociaż facet dawał za niego 500 zł ,co podobno w tamtych czasach było bardzo wysoką ceną.
Tam również na tej łące , podczas kolejnego spaceru , jakaś wielka sowa, usiłowała nam porwać psa. Pewnie myślała że to owieczka ,ale kiedy zawisła tuż nad psem ,zorientowała się ,że to pomyłka. Agar niczego nie zauważył, bo akurat zajęty był tropieniem zająca.
Kiedy byłam już nastolatką , Agar był powiernikiem moich sekretów, a kiedy było mi smutno, siedział koło mnie na dywanie i ze spokojem zlizywał moje łzy.
Dożył 18 lat i był jedyny i nie powtarzalny.

images

 

ARO -przyjaciel,który odszedł.

aro3

 Moje pierwsze spotkanie z Aro było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo po śmierci ukochanego psa Ciućmy, moi rodzice zapowiedzieli ,że to już koniec i nie będzie następnego czworonoga.

Więc kiedy mama do mnie zadzwoniła i powiedziała że ma niespodziankę i ktoś przyjechał, byłam pewna że pewnie chodzi o kogoś z rodziny z dalekich stron. Zaraz po wejściu do mieszkania zobaczyłam długi i czarny ogon, a potem resztę psa.

Aro był duży, dużo za duży do tego mieszkania. Strasznie hałasował ,bo jego energia musiała mieć ujście, a bieganie po mieszkaniu było nie możliwe.

Wielkie, czarne psisko z kłapciatymi uszami i dłuuuuuugim ogonem było tą niespodzianką.

Nie wiem gdzie zaczęła się historia Aro, bo jego losy jako szczeniaka były dla nas nie znane. Pojawił się u nas na osiedlu w marcu 2002.Plątał się po śmietnikach, zaczepiał ludzi-szukał domu który stracił, bo na szyi dalej miał obroże a za sobą ciągnął parcianą smycz. Jedna z sąsiadek, która go parę razy widziała powiedziała mojej mamie ,że pląta się po osiedlu taka „bida” i szkoda psa bo teraz zimno. I tak to w mieszkaniu nr 110 pojawił się Aro.

Mój tata raczej był przeciwny, żeby psa zatrzymać, ale mama się uparła, że go nie zostawi na takim mrozie. Tacie udało się jedynie wymóc na mamie ,że rozlepią ogłoszenia o znalezieniu psa. I tak mama miała nadzieję że nikt się nie zgłosi, a tata miał nadzieję ,że jednak właściciel się odnajdzie. I  któregoś dnia zadzwoniła pani ,która powiedziała, że właśnie zaginął im taki piesek, jak jest w opisie i czy może go zobaczyć. Mama już miała mokre oczy ,a tata nadzieję ,że pies okaże się tym właściwym. Pani która przyjechała zobaczyć psa, okazała się dawną znajomą mamy. Pies wyraźnie cieszył się na jej widok, skakał i szczekał na pół bloku. Pani do końca nie była przekonana czy to jest jej pies, ale syn z którym przyjechała był pewien, w związku z tym zapakowali ten 1 metr psa i 50 cm ogona do „malucha” i odjechali. Mama płakała rzewnymi łzami ,a tata jej tłumaczył ,że tam pies będzie miał dobrze bo mieszkają w domu z dużym ogrodem. Kiedy na drugi dzień przyszłam do rodziców, pies był już z powrotem. Okazało się ,ze pierwsze co zrobił po przyjeździe do odnalezionego domu to zapolował na dwa koty, demolując salon i jadalnię, urywając karnisz z firanką i wybijając szybę w oknie, bo koty ratowały się ucieczką przez uchylone okno, a on się nie zmieścił. Pani z synem doszła do wniosku, że to raczej nie jest ich pies ,bo tamten wychowywał się z kotami, które były mu zupełnie obojętne. Więc jeszcze tego samego dnia o godzinie 22 odwieźli psa pod 110.Mama była przeszczęśliwa ,bo zawsze chciała mieć dużego psa, a tata był przerażony ,bo pies ogonem zrzucił dwie szklanki z herbatą.

Aro siły miał za trzech, spacer z nim był nie lada wyzwaniem, bo nie można się było odprężyć i iść na luzie. Brak kontroli Aro wyczuwał znakomicie, wciągając delikwenta albo pod nadjeżdżający samochód lub też w największe krzaki. Psów generalnie nie lubił, a już najgorzej było ,jak się pojawił na widoku jakiś biały piesek. Aro wściekał się i chciał go zjeść. Oczywiście była to tylko poza, bo był strasznym tchórzem i kiedy był bez smyczy mógł go przestraszyć nawet jamnik. Charakter miał raczej trudny, bo był bardzo nie przewidywalny. Po kilku spacerach na których moja mama zwiedziła co większe chaszcze, rodzice doszli do wniosku ,że to tata będzie z nim wychodził, ale i tak  nie raz się zdarzało ,że przestraszony czymś pies przyholował mojego tatę „na butach” pod dom.

Aro to jedyny pies jakiego znam, który siadywał w parku na trawniku i obserwował lecące… samoloty. To również jedyny pies jaki z własnej woli, przez nikogo nie zmuszany „wychlapał” kieliszek wódki i nawet go nie „oczepało”. To także jedyny czworonóg jakiego znam, który jak się cieszył to skakał do góry odbijając się wszystkimi czterema łapami naraz, trochę jak taka postać rysunkowa. To także największa „płaksa” na osiedlu, bo przywiązany przed sklepem tak strasznie „płakał” i zawodził ,że ludzie wzywali Straż Miejską , bo się psu krzywda dzieje.

I tak jak po każdym przyjacielu, tak i po Aro pozostała pustka…

aro1aro2aro4