Moja dalia -FRANZ KAFKA

Dalia, georginia (Dahlia Cav.) – rodzaj roślin nasiennych należących do rodziny astrowatych. Pochodzi z Ameryki Środkowej i liczy 15 gatunków. Niektóre są uprawiane w wielu krajach jako rośliny ozdobne. Nazwa wywodzi się od nazwiskaszwedzkiego botanika Andersa Dahla[2]. Znana również pod nazwami ludowymi: giergonia, giergona, wielgonia i wielgoń (ostatnie dwie dotyczą zwłaszcza odmian o największych kwiatostanach).

To tyle z encyklopedii :)

Dalie zawsze mi się podobały ,ale wydawało mi się że są bardzo trudne w uprawie. Zachwycają kolorem i pokrojem, czasami wręcz ocierają się o fantastykę.Nie miałam odwagi posadzić ich na działce , bo wydawało mi się że nic z tego nie będzie ,ale kiedy w tamtym roku zamawiał rośliny przez internet, pomyliłam się i zamówiłam sobie dalie pomponową Franz Kafka.No i przyszła w paczce jakaś szara bulwa,do niczego nie podobna.Co z tym zrobić? w opisie tylko tyle, że nie sadzić za głęboko.No dobra – co wyjdzie to wyjdzie -posadziłam.Najpierw nic się nie działo,dobrze że sobie zaznaczyłam , gdzie te szarości wkopałam.Potem  na powierzchni ziemi pokazał się jeden listeczek.O kochany! pomyślałam sobie – jak ty w takim tempie będziesz wyrastał to cię zima zastanie a jeszcze nie zakwitniesz! No nic -poczekam.Chyba przemowa do szarości pomogła bo następnym razem zauważyłam już więcej listków i łodyżkę.I wtedy zaczął się atak ślimaków,tych oczywiście padalcowatych ( czyli bez skorupki).Okazało się ,że dalie to ulubiony przysmak tej gadziny! O nie! wypowiedziałam padalcom wojnę ! nałożyłam na te liche listeczki plastikową butelkę z odciętym dnem,a w koło zrobiłam zasieki z niebieskiego granulatu.O nie ,nie będzie wam tak łatwo!

I udało się ! Dalia przeżyła i zakwitła!

20140814_183546

 

Jaki kolor i jaki kształt! po prostu cudo !Dalia kwitła przez całe lato do późnej jesieni.Przed pierwszymi przymrozkami wykopałam ją z ziemi,obcięłam zielone pędy i wsadziłam do kosza z ziemią torfową.Zaniosłam do piwnicy na przechowanie.

I nie ma się co dziwić ,że w tym roku mój ogród jest pełen dali, a dalia Franz Kafka kwitnie na honorowym miejscu :)

20150714_17241420150714_17235420150714_17234720150719_15312820150719_153020

SAMOTNOŚĆ DYWANU

dywanCiocia Fela jest u nas w rodzinie znana z wielkiej pasji do sprzątania. W moich wspomnień z dzieciństwa jawi się jako cerber czystości i porządku , a moimi potworem z szafy był wielki czerwony dywan w salonie. Dywan leżał godnie na samym środku, a że pokój był przechodni, nie było szans żeby go ominąć. Przechodzenie po nim wymagało nie lada umiejętności ,a może i talentu ,bo miał tę szczególną przypadłość, że podczas chodzenia po nim, włos układał się w stronę przeciwną i dokładnie było widać którędy delikwent przeszedł. Problem polegał na tym ,że przy cioci Feli  nie dopuszczalne było zostawianie śladów na tymże dywanie. W dodatku każdy koniec dywanu wykończony był niesamowicie długimi frędzlami, które codziennie były czesane i układane. Żaden z włosków frędzli nie mógł leżeć niesymetrycznie , a każde odstępstwo od nadanego kierunku było bezlitośnie korygowane. Złośliwość frędzli było ogólnie znane rodzinie, bo tylko do kapci cioci Feli nie miały one odwagi przyczepiać się z siłą węża. I jak tu wyjść rano z sypialni i udać się na śniadanie ,kiedy bezmiar czerwonego dywanu odgradza nas od świata? Różnych sztuczek próbowałam – chodziłam wyłącznie po kolorowym wzorze ,przeskakiwałam wielkimi susami, nawet usiłowałam ręką  zamazać za sobą ślady stóp – NIC! Dywan był lepszy w każdym calu i jak najlepszy wywiad na świecie donosił ciotce Feli ,że zamiast pędzić na śniadanie huśtałam się na fotelu bujanym, albo wyglądałam przez okno.

Minęło sporo lat, dywan leży do dnia dzisiejszego ,ale jak przyjeżdżałam do ciotki Feli w odwiedziny to i tak herbatę piłam w kuchni – po co zaczepiać potwora ?

 I myślałam ,że zostanie mi tak do końca życia ,ale kiedyś ciocia Fela dała się zaprosić na grilla do ogrodu. Zanim usiedliśmy do stołu ciocia Fela zaczęła zwiedzać naszą zieloną oazę i zanim się zorientowaliśmy ciocia Fela porwała miotłę do zamiatania chodnika i zaczęła walić w krzaki bukszpanu.

- Ale co ciocia robi?! – oburzył się mój mąż.

- Sprzątam ! – padła krotka odpowiedź.

- Krzaki?! – mój mąż złapał się za głowę.

- A widziałeś ile na nich pajęczyn !?

 Klątwa dywanu została złamana.

A ja teraz częściej zapraszam ciotkę Felę do ogrodu , ale  nie do sprzątania tylko do leżenia na trawie,bo już wiem ,że samotność jest jak ten dywan ;)

 

Kolory mojej działki – A U MNIE WRESZCIE LATO!

No wreszcie  doczekałam się kiedy na mojej działce pojawiły się kwiaty i kolory,bo jakoś do tej pory zielony był w przewadze.Może nie jest to działka w pełni okazałości,ale bądźcie wyrozumiali i dajcie mojej działce jeszcze parę dnia , a wtedy pokaże co potrafi!

A na razie krótka fotorelacja :)

dal 20150623_192322 20150623_192328 20150625_190219 20150625_190235 20150625_190242 20150625_190254 20150625_190314 20150625_190324 20150625_190423 20150625_190445 20150625_190500 20150625_190533 20150625_190549 20150625_190617 20150625_190652 20150625_190719 20150625_190731

NIEPEŁNOSPRAWNY – NIEWIDZIALNY

 

wozekNie, nie jestem osobą niepełnosprawną, tak się po prostu złożyło ,że bywam teraz częściej w towarzystwie osoby, która ma pewne ograniczenia ruchowe. I właśnie kontakt z nią uświadomił mi parę rzeczy.

Komisja ZUS

Można by rzec –wyrocznia! bo tam wreszcie możesz się dowiedzieć czy naprawdę jesteś chory czy też tylko udajesz. Ciekawe jest również to ,że przy chorobach nieuleczalnych, komisję ZUS trzeba zaliczyć średnio co trzy lata. Widocznie ZUS jest jedyną instytucją ,która wierzy w cuda…

Ciekawa jest również niemożność porozumienia się urzędów które wydają orzeczenia w sprawie niepełnosprawności. I tak najpierw komisja ZUS orzeka ,że jesteś osobą niepełnosprawną i nie możesz pracować, ale żeby uzyskać kartę postojową dla niepełnosprawnych musisz stawić się na kolejną komisję tym razem Urzędu Miasta. Tak, jakby urzędy nie mogły sobie przekazać takiej informacji. Trzeba mieć końskie zdrowie ,żeby zaliczyć  te wszystkie komisje! Inna rzecz ,że dzięki takiemu działaniu, ile ludzi ma zatrudnienie!

Miejsce postojowe

Kiedy do wspólnoty mieszkaniowej wpłynęło pismo z prośbą o ustalenie miejsca postojowego dla osoby niepełnosprawnej, potwierdzone odpowiednim orzeczeniem z ZUS-u i Urzędu Miasta, komentarz niektórych współlokatorów był zaskakujący:

„każdy by tak chciał ,bo jest mało miejsc parkingowych i wszyscy mają problemy z parkowaniem”

No cóż, wypadałoby tylko życzyć oby się to życzenie spełniło…

I jak mówi znajoma pani doktor – nie ma zdrowych ludzi, są tylko nie zdiagnozowani…

 

Przebywając w towarzystwie osoby, która ma problemy z poruszanie się, zauważyłam jedną rzecz – ludzie nie bardzo wiedzą jak się zachować.  Ludzie wiedzą ,że nie należy się przyglądać, więc widząc taką osobę omijają ją  wzrokiem i udają ze jej tam nie ma. To powoduje ,że taka osoba nie ma co liczyć na jakąkolwiek pomoc. Nie chodzi o to żeby zrobić wszystko za taką osobę, trzeba jej też dać szansę na bycie samodzielnym, ale kiedy ewidentnie widać ,że sobie nie radzi, wystarczy zapytać czy jej nie pomóc. Jak nie będzie chciała naszej pomocy to po prostu powie! W supermarkecie tylko czteroletnie dziecko zareagowało jak trzeba, kiedy uparta puszka z fasolką wylądowała na ziemi:

-Spadło ci gapciu! – powiedział czterolatek podając puszkę. Na pożegnanie pomachał tłustą łapką i pomaszerował za mamą.

A i jeszcze jedno – niepełnosprawność nie jest zaraźliwa! Możecie mi wierzyć – sprawdziłam na sobie :)

MOJA WIOSNA

Nareszcie zrobiło się ciepło i o dziwo również na weekend zapowiedzieli ładną,słoneczną pogodę. Nie wiedzieć czemu aura tego roku jest bardzo złośliwa i kiedy siedzę w pracy za oknem pachnie latem i słońce praży , ale wystarczy że zbliża się piątek to już złośliwie sprowadza chmurzyska i oczywiście w weekend musi lać,siąpić albo wiać tak,że urywa głowę z płucami.

W ten weekend było inaczej i wreszcie mogłam sprawdzić ile z moich posadzonych jesienią tulipanów,wygrało i wreszcie zakwitło.Zobaczcie sami :)

dd9 dd1 dd2 dd3 dd4 dd5 dd6 dd7 dd8

WESOŁEGO ALLELUJA!

baranek

Jan Kasprowicz

Przeprosiny Boga

Żyli dwaj staruszkowie
W ogromnej zażyłości
Z staruszkiem Panem Bogiem
Prostym jak oni prości.

Chodzili z Nim na „jednego”
Do Pietra czy do Jakuba,
Nigdy się nie zachwiała
Przyjazna z Nim rachuba.

Przyjaźń to była szczera,
przyjaźń to nie na żarty:
Gwarzyli z sobą jak mogli,
Grywali z sobą w karty.

Aż tu jednego razu
Oblazła ich wielka trwoga:
Wmówił w nich jakiś ceper,
Że obrazili Boga.

Że go pospolitują,
Że miejsce jego jest w tumie,
Nie w zwykłej chłopskiej chałupie,
Nie w zwykłym chłopskim rozumie.

I widać wszelką miał słuszność
Mądrala edukowany,
Bo nagle im się wydało,
Że Bóg opuścił ich ściany.

I odtąd mieli ci starcy
Żywot już całkiem zatruty,
I chęć ich wzięła ogromna
Jakiejś ogromnej pokuty.

„Ja się ukorzę w ten sposób,
Że pójdę, na początek,
Myć nogi dwunastu dziadom
We Wielki Czwartek czy Piątek”.

„A ja – oświadczył drugi –
W ten sposób grzech swój okupię,
Że będę jak święty Szymon
Lat siedem stał na słupie”.

Tak idąc, tak się kajając,
Tak chłoszcząc swe niecne wady
Wcale się nie spostrzegli,
Że ktoś – ciap! ciap! – w ich ślady.

Usiedli na burcie rowu,
Straszliwie utrudzeni,
A obok nich usiadł ktoś trzeci
W jaworu chłodnej cieni.

„Cóż to się z wami dzieje?”
Zapyta wędrowiec nieznany.
„Szukamy Pana Boga,
Opuścił nasze ściany”.

„Ja sobie rachuję – rzekł jeden –
Że przecież Go odnajdziemy,
Choć rzucił naszą chałupę
Nic nie mówięcy, niemy”.

„Zaś moja kalkulacja –
Tak drugi się wątpić ośmieli –
Że chyba nie ma go wcale,
Nie znajdzie się do niedzieli”.

Poklepał ich po ramieniu
I tak im od razu powie:
„Po co się włóczyć po świecie,
Wracajmy, staruszkowie!

Zajrzymy sobie po drodze
Do Pietra lub pana Jakuba,
A potem zagramy w karty,
To będzie najlepsza rachuba”.

„Dyć to nasz Pan Bóg, o, raty!
O, przepraszamy Cię mile
Za głupią myśl naszą, że mógłbyś
Rzucić nas choćby na chwilę”.

Zanim zaczniesz narzekać

wiosna-2015

Każdy z nas lubi sobie ponarzekać, lubimy się nad sobą rozczulać jacy to jesteśmy biedni, jak życie daje nam w kość, a przecież zasłużyliśmy na wszystko co najlepsze. Kiedy wpadniecie w taką spiralę narzekania, pomyślcie sobie o tym ,że są na świecie ludzie, którzy jeszcze bardziej na to nie zasłużyli, a jednak los sprawił im paskudnego psikusa i obdarował nieuleczalną chorobą.

Sabinę znam od ponad 15 lat i mam takie podejrzenie ,że jest to osoba która wyjątkowo przyciąga do siebie wszystkie nieszczęścia. Wydawało się ,że po toksycznych rodzinach, nieudanym małżeństwie i jeszcze bardziej nieudanym związku z facetem, który liczył wyłącznie na kasę, już nic więcej  los nie będzie w stanie wymyślić. A jednak. Sabina przez kilka lat skarżyła się na kręgosłup, wszyscy traktowali to jako dodatek do pracy siedzącej. Jednak leczenie nie przynosiło poprawy. Kiedy przyszedł pierwszy rzut choroby, nikt na to nie był przygotowany. Padła diagnoza niczym wyrok – stwardnienie rozsiane. I jakby tego było mało pracodawca ,który się o tym dowiedział zwolnił Sabinę z pracy. Ot taki prezent tuż przed Bożym Narodzeniem…

Nie poddała się ,założyła własną firmę – usługi księgowe. Światełkiem w tunelu był zakwalifikowanie jej do leczenia interferonem-może nie wyleczy ale stopuje chorobę. Leczenie ma zapewnione do czerwca 2015, bo NFZ uznał ,że nie ma  znaczącej poprawy ,więc po co wydawać kasę na tak opornego pacjenta. A to, że lek wstrzymuje na tyle chorobę ,że Sabina może jeszcze pracować i nie jest na utrzymaniu państwa to jakoś do nikogo nie dociera. Ręce opadają..

Więc jeśli chcesz sobie ponarzekać ,jaki to ten świat jest okropny i jak Cię źle traktuje , to zanim zaczniesz to robić wpisz w zeznanie podatkowe podane niżej konto i przekaż 1% Sabinie, żeby wspomóc ją w walce z chorobą.

A dla Ciebie niech będzie to okazja za podziękowanie losowi ,że tym niespodziewanym „darem” obdarzył ją, a nie Ciebie.

I cóż ? czyż nie jesteś szczęściarzem?

 

Przekaż 1% podatku dochodowego
chorym na stwardnienie rozsiane

Wpisz w zeznaniu podatkowym 

Fundacja Na Rzecz Chorych na SM im.bł..Anieli Salawy

KRS: 0000055578
cel szczegółowy: SABINAM

 

 

WALENTYNKOWA OBSESJA

JABŁKOKiedy mijał pi

Kiedy mijał pierwszy tydzień lutego do Romana docierał fakt ,że powoli zbliża się dzień, który co tu kryć porównywał do urodzin teściowej. Bynajmniej o  tym tragicznym dniu nie przypominał Romanowi nikt z rodziny, lecz czerwone serduszka zwisające obficie z każdej sklepowej wystawy.

- O szlag…znowu Walentynki – zawarczał Roman, szarpiąc energicznie przerzedzoną czuprynę – Wiesiu, czy już wymyśliłes co kupisz żonie na Walentynki? – zapytał Roman kolegę z sąsiedniego biurka.

- Mhy- pokiwał głową Wiesiu, przełykając kanapkę – mam.

- A mogę wiedzieć o co to? bo nie mam pomysłu?- ożywił się Roman.

- Możesz, to żadna tajemnica – wzruszył ramionami Wiesiu – co roku dostaje to samo.

- Nie mów! i nie narzeka? – zdziwił się Roman.

- Nie ,zawsze  bardzo się cieszy.

- No to co to jest?- dopytywał się Roman.

- Dzień wolnego!

- Słucham?!- niedowierzał Roman własnym uszom – jak to dzień wolnego?

- Wolnego od dzieci – uściślił Wiesiu – nie wiem czy pamiętasz ,ale mamy czwórkę dzieci.

- A…..no tak – dotarło do Romana, kiedy przypomniał sobie tą szarańczę z którą kiedyś widział Wiesia w parku.

- I co ona robi z tym wolnym dniem? – dopytywał się Roman.

- Nie wiem- wzruszył ramionami Wiesiu- gdzieś sobie idzie.

- A Ty?- zainteresował się Roman – a Ty co wtedy robisz?

- A co mam robić? – zdziwił się Wiesiu –siedzę z dziećmi !

- A……..-dotarło do Romana – tak to działa!

***

-Iza, domyślasz się co dostaniesz na Walentynki? – zapytała Dorota swojej przyjaciółki – bo jak mi Roman znowu kupi maszynkę do robienia pierogów albo drylownice do wiśni, to daje słowo że  nie wytrzymam i walnę go w łeb!

- Ja się nie domyślam – Iza pogardliwie wydęła usta – ja tam dobrze wiem co dostanę !

- Tak ? a skąd? – zdziwiła się Dorota.- Myślałby kto, że Jurek jest taki domyślny!

- Nie jest –pokiwała głową Iza – i dlatego zamówiłam sobie u niego prezent.

- No wiesz!- obruszyła się Dorota – a gdzie moment zaskoczenia?!

- Ale ja przecież bardzo ładnie udaję zaskoczoną! – oburzyła się Iza.

- E ….to nie to samo ! To w ogóle nie jest romantyczne!

- Dorota daj spokój, Ty jeszcze uważasz ,że po 20 latach małżeństwa  Walentynki mogą być jeszcze romantyczne? Nie bądź naiwna! Wystarczy, że będą praktyczne!

- No wiesz! –obraziła się Dorota – Roman zawsze pamięta o Walentynkach i ZAWSZE kupuje mi prezent!

- Mówisz o drylownicy czy o maszynce do pierogów? A może o tych perfumach z kiosku na rogu co Ci wyszło uczulenie?

-I co? Mam mu tak po prostu powiedzieć co mi ma kupić? – zaperzyła się Dorota.

- Nie musisz mówić , ja Jurkowi zostawiam na lustrze małą karteczkę z nazwą perfum i tyle! To trochę jak list do św.Mikołaja.

***

Jednak to co mówiła Iza dało Dorocie trochę do myślenia.

- Może faktycznie, mogę go trochę naprowadzić – zastanawiała się Dorota – bo jak znowu zobaczę sprzęt gospodarstwa domowego kupiony w najbliższym sklepie to ….- zazgrzytała zębami Dorota.

 ***

Myjąc zęby przed lustrem Roman zauważył na półeczce małą karteczkę z czerwonym napisem ,ewidentnie zapisaną przez Dorotę. Widniało tam tylko jedno słowo – obsesja. Popatrzył na nią obojętnie i nawet nie zastanowił się co tam jest napisane.W końcu o 6 rano trudno wymagać od człowieka ,żeby kojarzył fakty.

Na drugi dzień rano Roman znowu zobaczył karteczkę. Była w tym samym miejscu co poprzednia, ale dużo większa i zapisana krwistym mazakiem – „obsesja” – a obok czerwone serduszko.

- Dziwne – pomyślał Roman, ale 6 rano to nie jest godzina do rozpatrywania dziwactw żony.

W trzecim dniu, a było to na dzień przed Walentynkami, karteczka na półeczce znowu się pojawiła, ale była już w formacie A4 i była  przylepiona do lustra. W centralnym miejscu kartki widniało słowo – OBSESJA oraz pięć serduszek a pod spodem słowo „walentynki”. Roman przez dłuższą chwilę patrzył na kartkę i dopiero słowo „walentynki”  przeleciało iskrą po jego umyśle. Roman zaczął działać…

***

- I co ,dostałaś na Walentynki te perfumy ,które chciałaś? – zapytała Iza Dorotę, dwa dni po święcie zakochanych- Obsesja czy jakoś tak?

- Nie – odburknęła Dorota -  za to dostałam książkę „ Poradnik dla chorych na zespół natręctw”, bo Roman po mojej podpowiedzi uznał ,że mam jakieś obsesje! I nie ma się z czego śmiać !To Twoja wina, bo wymyśliłaś te głupie kartki! – krzyczała wściekła Dorota – ciekawe co Ty piszesz temu swojemu Jurkowi!

- Oj Dorota- zasmuciła się Iza – Ja piszę tak „Kochanie , na Walentynki poproszę perfumy Euforia, można je kupić w sklepie kosmetycznym na ul. Długiej 12 i kosztują 132 zł

- A gdzie element zaskoczenia! – obruszyła się Dorota

- Ja jestem elementem zaskoczenia , jak mu za te perfumy dziękuję – powiedziała Iza z błyskiem w oku.

SERCE

ARO -przyjaciel,który odszedł.

aro3

 Moje pierwsze spotkanie z Aro było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo po śmierci ukochanego psa Ciućmy, moi rodzice zapowiedzieli ,że to już koniec i nie będzie następnego czworonoga.

Więc kiedy mama do mnie zadzwoniła i powiedziała że ma niespodziankę i ktoś przyjechał, byłam pewna że pewnie chodzi o kogoś z rodziny z dalekich stron. Zaraz po wejściu do mieszkania zobaczyłam długi i czarny ogon, a potem resztę psa.

Aro był duży, dużo za duży do tego mieszkania. Strasznie hałasował ,bo jego energia musiała mieć ujście, a bieganie po mieszkaniu było nie możliwe.

Wielkie, czarne psisko z kłapciatymi uszami i dłuuuuuugim ogonem było tą niespodzianką.

Nie wiem gdzie zaczęła się historia Aro, bo jego losy jako szczeniaka były dla nas nie znane. Pojawił się u nas na osiedlu w marcu 2002.Plątał się po śmietnikach, zaczepiał ludzi-szukał domu który stracił, bo na szyi dalej miał obroże a za sobą ciągnął parcianą smycz. Jedna z sąsiadek, która go parę razy widziała powiedziała mojej mamie ,że pląta się po osiedlu taka „bida” i szkoda psa bo teraz zimno. I tak to w mieszkaniu nr 110 pojawił się Aro.

Mój tata raczej był przeciwny, żeby psa zatrzymać, ale mama się uparła, że go nie zostawi na takim mrozie. Tacie udało się jedynie wymóc na mamie ,że rozlepią ogłoszenia o znalezieniu psa. I tak mama miała nadzieję że nikt się nie zgłosi, a tata miał nadzieję ,że jednak właściciel się odnajdzie. I  któregoś dnia zadzwoniła pani ,która powiedziała, że właśnie zaginął im taki piesek, jak jest w opisie i czy może go zobaczyć. Mama już miała mokre oczy ,a tata nadzieję ,że pies okaże się tym właściwym. Pani która przyjechała zobaczyć psa, okazała się dawną znajomą mamy. Pies wyraźnie cieszył się na jej widok, skakał i szczekał na pół bloku. Pani do końca nie była przekonana czy to jest jej pies, ale syn z którym przyjechała był pewien, w związku z tym zapakowali ten 1 metr psa i 50 cm ogona do „malucha” i odjechali. Mama płakała rzewnymi łzami ,a tata jej tłumaczył ,że tam pies będzie miał dobrze bo mieszkają w domu z dużym ogrodem. Kiedy na drugi dzień przyszłam do rodziców, pies był już z powrotem. Okazało się ,ze pierwsze co zrobił po przyjeździe do odnalezionego domu to zapolował na dwa koty, demolując salon i jadalnię, urywając karnisz z firanką i wybijając szybę w oknie, bo koty ratowały się ucieczką przez uchylone okno, a on się nie zmieścił. Pani z synem doszła do wniosku, że to raczej nie jest ich pies ,bo tamten wychowywał się z kotami, które były mu zupełnie obojętne. Więc jeszcze tego samego dnia o godzinie 22 odwieźli psa pod 110.Mama była przeszczęśliwa ,bo zawsze chciała mieć dużego psa, a tata był przerażony ,bo pies ogonem zrzucił dwie szklanki z herbatą.

Aro siły miał za trzech, spacer z nim był nie lada wyzwaniem, bo nie można się było odprężyć i iść na luzie. Brak kontroli Aro wyczuwał znakomicie, wciągając delikwenta albo pod nadjeżdżający samochód lub też w największe krzaki. Psów generalnie nie lubił, a już najgorzej było ,jak się pojawił na widoku jakiś biały piesek. Aro wściekał się i chciał go zjeść. Oczywiście była to tylko poza, bo był strasznym tchórzem i kiedy był bez smyczy mógł go przestraszyć nawet jamnik. Charakter miał raczej trudny, bo był bardzo nie przewidywalny. Po kilku spacerach na których moja mama zwiedziła co większe chaszcze, rodzice doszli do wniosku ,że to tata będzie z nim wychodził, ale i tak  nie raz się zdarzało ,że przestraszony czymś pies przyholował mojego tatę „na butach” pod dom.

Aro to jedyny pies jakiego znam, który siadywał w parku na trawniku i obserwował lecące… samoloty. To również jedyny pies jaki z własnej woli, przez nikogo nie zmuszany „wychlapał” kieliszek wódki i nawet go nie „oczepało”. To także jedyny czworonóg jakiego znam, który jak się cieszył to skakał do góry odbijając się wszystkimi czterema łapami naraz, trochę jak taka postać rysunkowa. To także największa „płaksa” na osiedlu, bo przywiązany przed sklepem tak strasznie „płakał” i zawodził ,że ludzie wzywali Straż Miejską , bo się psu krzywda dzieje.

I tak jak po każdym przyjacielu, tak i po Aro pozostała pustka…

aro1aro2aro4

DO SIEGO ROKU!

images

Kochani,

zamiast tradycyjnych życzeń noworocznych,

klarowne, wręcz księgowe życzenia

12 miesięcy zdrowia
53 tygodni szczęścia
8760 godzin wytrwałości
525600 minut pogody ducha
i 31536000 sekund miłości
W NOWYM ROKU 2015

i oby się po prostu spełniło