Spacer – godz.3.05

1007353_spacer-we-mgleO 2.45 obudziło mnie popiskiwanie i jeszcze nie otworzyłam oczu a już wiedziałam, że nocny spacer z moim kudłatym przyjacielem raczej mnie nie ominie. Zresztą trudno się dziwić ,skoro większość poprzedniego dnia spędził na „kolonii” u babci. A jak wiadomo wszystkie babcie lubią dokarmiać ,głównie wnuki ale i psem nie pogardzą. Nie inaczej było z „Kudłatkiem” który przesiedział z babcia kilka godzin, głównie oglądając seriale i co chwile podjadając różne smakołyki. Moje apele do sumienia babci, jak zwykle nie zrobiły na niej żadnego wrażenia i oto mieliśmy efekt – pilna potrzeba spaceru !

Nie było wyjścia, popiskiwanie stało się donośniejsze , więc wyskoczyłam z łóżka, na piżamę nałożyłam dres i puchową kurtkę ( w końcu mamy jeszcze luty, chociaż  czasami mam co do tego wątpliwości) i truchtem opuściliśmy mieszkanie. ”Kudłatek” galopem wyleciał na trawnik, bo czas był już najwyższy.

Cisza jak panuje o 3 rano na krakowskim osiedlu jest czymś tak zaskakującym jak i świeże powietrze. Uśpione wszystkie okna, auta i nawet niektóre latarnie. To jest pora gdzie jedni imprezowicze wrócili już do domów ,a drudzy jeszcze nie nabrali sił do powrotu. Ogarnęło mnie takie dziwne uczucie jakbym była sama na tej ziemi. Cisza była taka kojąca ,że zaprosiłam „Kudłatka na mały spacer wkoło sąsiednich bloków. Bardzo się ucieszył i radośnie machając ogonem ruszył za mną ,ale zaraz się zatrzymał przy stercie kamieni bo widocznie jakiś kumpel zostawił dla niego „smsa”. Szłam powoli delektując się ciszą ,kiedy usłyszałam za sobą stukot obcasów. Odwróciłam się gwałtownie, ale nie zobaczyłam w  pobliżu żadnej postaci. Znowu zapanowała cisza, i tylko „Kudłatek” przebiegł koło mnie po trawniku.

- Wydawało ci się – powiedziałam sobie – uszy robią ci kawały.

I znowu ruszyłam na ten krótki spacer, ale jednak już w kierunku własnego bloku. Zagwizdałam na „Kudłatka” który gdzieś za mną  buszował pod drzewem. Kiedy przechodziłam przez jezdnię znowu usłyszałam ten stukot butów ,ale taki dziwny jakby ktoś kulał albo skakał na jednej nodze, a co najgorsze zbliżał się do mnie w szybkim tempie. Znowu odwróciłam się gwałtownie, rozglądając się na wszystkie strony, ale zauważyłam tylko „Kudłatka’ ,który biegł  w moim kierunku. Ledwo do mnie dotarł, a odgłos kroków ucichł ,tak jakby się ktoś przestraszył nadbiegającego psa. Postałam chwilę lustrując okolice, ale dalej było cicho i spokojnie.

-Idziemy do domu – powiedziałam do psa, a on spokojnie obwąchiwał krzaki.

Cała spięta ruszyłam w kierunku domu i dopiero po chwili usłyszałam ten stukot. Znowu się do mnie zbliżał, ale coraz szybciej ! Przyspieszyłam kroku ,ale stukot mnie doganiał! Już był zaraz za mną ! Zaraz mnie dopadnie !

I wtedy minął mnie „Kudłatek” i  zobaczyłam ,że kuleje na tylna łapę. Kiedy się zatrzymał- stukot ucichł. Schyliłam się do tej kulejącej łapy i wtedy dopiero zobaczyłam że między „poduszkami” na tylnej łapie ugrzązł nieduży kamyk.

- A !to Ty mnie tak straszysz! – powiedziałam do „Kudłatka” ,a on tylko pomachał ogonem -a  na drugi raz nie ubieraj szpilek, bo strasznie się tłuczesz !

I znowu zapadła ta cudowna cisza.

220px-A_cat's_paw

ŚWIĘTOWANIE MOCNO RODZINNE

Roman zawsze twierdził że on dlatego tak bardzo lubi święta ,bo może przebywać  w tym czasie z rodziną i kolędować.

24.12

Wigilia przebiegła pod znakiem białego wina, które Roman uważa za niegodne jego podniebienia. Prosto od wigilijnego stołu we własnym domu pogalopował do swojej mamusi, gdzie białe wino na szczęście było tylko w pobliskim sklepie. Na Pasterkę Roman poszedł z bratem i jakimś sąsiadem którego imienia za cholerę nie mógł sobie przypomnieć. Na Pasterce było mnóstwo ludzi których znał, więc kiedy został razem z bratem zaproszony przez wysokiego blondyna na kolędowanie oczywiście wyraził zgodę. Gdzie byli  przez całą noc ,aż do 7 rano trudno było ustalić, bo okazało się ,że brat Romana tego blondyna widział po raz pierwszy w życiu, a Roman zaklinał się ,że go znał ,ale nie wiedział jak się nazywa. Gdzie ten blondyn mieszka też trudno było ustalić, bo Roman mówił o ulicy Jodłowej ,a brat Romana twierdził ,że byli na Świerkowej. Całe szczęście ,że jednak trafili do domu, co prawda mamusi, ale zawsze.

25.12

Już o 14 Roman był na chodzie, bo to kolędowanie na ul. Leśnej strasznie go zmęczyło. Mamusia patrzyła na nich z wyrzutem, ale nic nie mówiła, więc chyba jednak dobrze że właśnie do niej trafili, bo nie wiadomo czy żony byłby również takie wyrozumiałe.Dorota przyjechała o 15 ,ale zamknęła się z mamusią w kuchni.Jakoś nie chciała słuchać o tym blondynie co mieszka na Modrzewiowej. O 16 przyjechał drugi brat Romana. Szkoda , że przyjechał z żoną, ale w końcu to święta i należy je spędzać z rodziną, więc bratową Roman wysłał do kuchni ,żeby pomogła w przygotowaniach do kolacji. O 23 Dorota ,żona Romana wyraziła chęć powrotu do domu, czym wywołała oburzenie u wszystkich zebranych braci. Ponieważ po trzecim wezwaniu Romana do wyjazdu, brak było reakcji ze strony wzywanego, Dorota ubrała kurtkę i poszła do samochodu. Wywołało to radość wśród braci, którzy mieli zamiar kolędować do rana. Niestety zamiar ten się nie powiódł ,bo wkroczyła mamusia i wygoniła ich do swoich domów. Widocznie miała dość kolędowania.

26.12

Brat Romana zadzwonił koło 12 z zapytaniem czy nie wpadli by im pomóc w zjedzeniu nadmiaru wiejskiej kiełbasy ,którą przywiózł teść. Dorota nie wyraziła ochoty na wiejską kiełbasę, więc Roman postanowił sam wspomóc brata w niedoli. Już o 23 pojawił się ponownie, ale nie bardzo z własnej woli, bo został odwieziony przez bratową.Roman zawsze o niej  mówił ,że jej słoń nadepnął na ucho.

27.12

Już od rana ( czytaj – 12 godzina) Roman bardzo żałował , że święta się skończyły , bo wreszcie mógł się nacieszyć rodziną.

- Szkoda tylko ,że rodzina nie nacieszyła się Tobą – zauważyła Dorota.

- To już nie moja wina- obruszył się Roman- trzeba umieć kolędować, żeby dobrze świętować !

Dla wszystkich ” Dorot” 

61626_zoom

Jeśli nie chcesz mojej zguby,nie pisz smsów luby

- No jak tam było w pracy? – zapytała Dorota wchodzącego do domu Romana.

- Straszna afera była! – powiedział Roman wchodząc do kuchni.

- Jaka afera?- zapytała Dorota znad misy pełnej ciasta.

- Śliwiński odkrył ,że żona go zdradza! Wyobrażasz sobie ?! – opowiadał podekscytowany Roman.

- A jak odkrył? – zainteresowała się Dorota.

- No jak !przeczytał smsa w jej telefonie ! i tak się wkurzył ,że rano przyleciał do starego, wziął sobie urlop i poleciał czatować na tego jej kochasia!

- Aha…a skąd wiedział gdzie czatować?- zdziwiła się Dorota

- Bo ten palant napisał w smsie – „Zrobimy to znowu?będę jutro czekać pod Twoją pracą.Całuję Cię w blond loczek” – no wyobrażasz sobie! A wyglądała na taką porządną babkę!

- No ja przecież znam żonę Śliwińskiego! Jakoś nie pasuje mi …a poza tym ona jest brunetką! Może to jakaś pomyłka?- zastanawiała się Dorota mieszając ciasto drożdżowe.

- To ona też tak mówiła, ale co miała mówić? Przyznać się?- opowiadał Roman- chyba dostałaś smsa – zauważył Roman.

- A to odbierz, bo pewnie mamusia chce wiedzieć o której pojedziemy do hipermarketu – machnęła Dorota ręką umazaną ciastem.

Do kuchni wszedł blady jak ściana Roman, ściskając  w ręce komórkę Doroty.

- I co tam?- zainteresowała się Dorota

-Dostałaś sms- powiedział Roman .

-No to przeczytaj, bo mam brudne ręce –powiedziała Dorota.

- Powtórka z ostatniej nocy? czekam na parkingu – przeczytał Roman głuchym głosem.

- A to pewnie jakaś pomyłka – machnęła ręką Dorota- napisz ,że to chyba pomyłka i tyle.

-Dorota!Ty mnie zdradzasz!?- wrzasnął Roman

- Wiesz co na głowę upadłeś!-wkurzyła się Dorota – napisz tego smsa albo oddzwoń i przekonaj się ,że to jakaś głupia pomyłka!

-Tak? Śliwińska też tak mówiła! No to zobaczymy !zaraz napiszę smsa!

-No i co wysłałeś? – zapytała Dorota po chwili .

-O! widzisz! Kochaś oddzwania- zaperzył się Roman, kiedy komórka Doroty zaczęła dzwonić.

-No to odbierz-powiedziała spokojnie Dorota- tylko wrzuć na głośno mówiący.

- Słucham! –powiedział Roman grubym głosem.

„No co Ty ku… jaja sobie ze mnie  robisz?!- wrzeszczał damski głos w słuchawce -wczoraj to byłeś taki napalony że Ci nawet lewarek nie przeszkadzał a dzisiaj to POMYŁKA?! Ty ch…. ,……., ……………., ……………………….,…………………” – Roman szybko wyłączył telefon.

-No no Roman… z tej strony to Cię nie znałam…może przejdziemy się na parking…- zapytała Dorota .

-Dorotka! No co ty! To jakaś POMYŁKA! 

roman

Babskie fatum

1083161707wymiekasz

Padło hasło –IDZIEMY DO KINA!

Wspólnymi siłami, po wielu przepychankach , bo jedne baby chciały romantycznie i żeby było do płakania, a inne chciały na wesoło,  najlepiej coś o tym nieudanym gatunku. No ale w końcu się udało i 6 bab wybrało się do kina.

Pierwsza

Odpadła , jeszcze zanim wyszła z domu , bo zadzwoniła córka ,że wnuczka ma 40 stopni i trzeba ją zawieść do szpitala.

Druga

Wsiadła do tramwaju , ale nie doczytała, że przez wakacyjne remonty, tramwaj jedzie okrężną trasą,a przecież wiadomo ,że najlepiej drzemie się w tramwaju , który monotonnie buczy i trzęście. Trasę zaliczyła ze dwa razy i  nie trafiła na odpowiedni przystanek. Kiedy popatrzyła na zegarek – było już za późno.

Trzecia

Spotkała w autobusie dawno nie widzianą koleżankę, która na stałe mieszka w USA i właśnie miała wolną godzinkę na wypicie kawy na lotnisku.

Czwarta

Przez 45 minut latała po domu i szukała kluczy od mieszkania, aż w końcu zlitował się nad nią mąż i powiadomił ją telefonicznie ,że te klucze posiada on, bo rano nie mógł znaleźć własnych , a teraz je znalazł i też są w biurze…

Piąta i szósta

Umówiły się godzinę wcześniej w kawiarni ,żeby móc poplotkować o tej pierwszej, trzeciej , czwartej no i ostatecznie o drugiej. Piąta przy piciu coli z wysokiej szklanki , dziabnęła się w oko ozdobna parasolką, a szósta ,jak wyprowadzała na pół ślepą piątą z kawiarni , skręciła nogę na schodach.

A mówią ,że fatum nie istnieje…

NIEPEŁNOSPRAWNY – NIEWIDZIALNY

 

wozekNie, nie jestem osobą niepełnosprawną, tak się po prostu złożyło ,że bywam teraz częściej w towarzystwie osoby, która ma pewne ograniczenia ruchowe. I właśnie kontakt z nią uświadomił mi parę rzeczy.

Komisja ZUS

Można by rzec –wyrocznia! bo tam wreszcie możesz się dowiedzieć czy naprawdę jesteś chory czy też tylko udajesz. Ciekawe jest również to ,że przy chorobach nieuleczalnych, komisję ZUS trzeba zaliczyć średnio co trzy lata. Widocznie ZUS jest jedyną instytucją ,która wierzy w cuda…

Ciekawa jest również niemożność porozumienia się urzędów które wydają orzeczenia w sprawie niepełnosprawności. I tak najpierw komisja ZUS orzeka ,że jesteś osobą niepełnosprawną i nie możesz pracować, ale żeby uzyskać kartę postojową dla niepełnosprawnych musisz stawić się na kolejną komisję tym razem Urzędu Miasta. Tak, jakby urzędy nie mogły sobie przekazać takiej informacji. Trzeba mieć końskie zdrowie ,żeby zaliczyć  te wszystkie komisje! Inna rzecz ,że dzięki takiemu działaniu, ile ludzi ma zatrudnienie!

Miejsce postojowe

Kiedy do wspólnoty mieszkaniowej wpłynęło pismo z prośbą o ustalenie miejsca postojowego dla osoby niepełnosprawnej, potwierdzone odpowiednim orzeczeniem z ZUS-u i Urzędu Miasta, komentarz niektórych współlokatorów był zaskakujący:

„każdy by tak chciał ,bo jest mało miejsc parkingowych i wszyscy mają problemy z parkowaniem”

No cóż, wypadałoby tylko życzyć oby się to życzenie spełniło…

I jak mówi znajoma pani doktor – nie ma zdrowych ludzi, są tylko nie zdiagnozowani…

 

Przebywając w towarzystwie osoby, która ma problemy z poruszanie się, zauważyłam jedną rzecz – ludzie nie bardzo wiedzą jak się zachować.  Ludzie wiedzą ,że nie należy się przyglądać, więc widząc taką osobę omijają ją  wzrokiem i udają ze jej tam nie ma. To powoduje ,że taka osoba nie ma co liczyć na jakąkolwiek pomoc. Nie chodzi o to żeby zrobić wszystko za taką osobę, trzeba jej też dać szansę na bycie samodzielnym, ale kiedy ewidentnie widać ,że sobie nie radzi, wystarczy zapytać czy jej nie pomóc. Jak nie będzie chciała naszej pomocy to po prostu powie! W supermarkecie tylko czteroletnie dziecko zareagowało jak trzeba, kiedy uparta puszka z fasolką wylądowała na ziemi:

-Spadło ci gapciu! – powiedział czterolatek podając puszkę. Na pożegnanie pomachał tłustą łapką i pomaszerował za mamą.

A i jeszcze jedno – niepełnosprawność nie jest zaraźliwa! Możecie mi wierzyć – sprawdziłam na sobie :)

WESOŁEGO ALLELUJA!

baranek

Jan Kasprowicz

Przeprosiny Boga

Żyli dwaj staruszkowie
W ogromnej zażyłości
Z staruszkiem Panem Bogiem
Prostym jak oni prości.

Chodzili z Nim na „jednego”
Do Pietra czy do Jakuba,
Nigdy się nie zachwiała
Przyjazna z Nim rachuba.

Przyjaźń to była szczera,
przyjaźń to nie na żarty:
Gwarzyli z sobą jak mogli,
Grywali z sobą w karty.

Aż tu jednego razu
Oblazła ich wielka trwoga:
Wmówił w nich jakiś ceper,
Że obrazili Boga.

Że go pospolitują,
Że miejsce jego jest w tumie,
Nie w zwykłej chłopskiej chałupie,
Nie w zwykłym chłopskim rozumie.

I widać wszelką miał słuszność
Mądrala edukowany,
Bo nagle im się wydało,
Że Bóg opuścił ich ściany.

I odtąd mieli ci starcy
Żywot już całkiem zatruty,
I chęć ich wzięła ogromna
Jakiejś ogromnej pokuty.

„Ja się ukorzę w ten sposób,
Że pójdę, na początek,
Myć nogi dwunastu dziadom
We Wielki Czwartek czy Piątek”.

„A ja – oświadczył drugi –
W ten sposób grzech swój okupię,
Że będę jak święty Szymon
Lat siedem stał na słupie”.

Tak idąc, tak się kajając,
Tak chłoszcząc swe niecne wady
Wcale się nie spostrzegli,
Że ktoś – ciap! ciap! – w ich ślady.

Usiedli na burcie rowu,
Straszliwie utrudzeni,
A obok nich usiadł ktoś trzeci
W jaworu chłodnej cieni.

„Cóż to się z wami dzieje?”
Zapyta wędrowiec nieznany.
„Szukamy Pana Boga,
Opuścił nasze ściany”.

„Ja sobie rachuję – rzekł jeden –
Że przecież Go odnajdziemy,
Choć rzucił naszą chałupę
Nic nie mówięcy, niemy”.

„Zaś moja kalkulacja –
Tak drugi się wątpić ośmieli –
Że chyba nie ma go wcale,
Nie znajdzie się do niedzieli”.

Poklepał ich po ramieniu
I tak im od razu powie:
„Po co się włóczyć po świecie,
Wracajmy, staruszkowie!

Zajrzymy sobie po drodze
Do Pietra lub pana Jakuba,
A potem zagramy w karty,
To będzie najlepsza rachuba”.

„Dyć to nasz Pan Bóg, o, raty!
O, przepraszamy Cię mile
Za głupią myśl naszą, że mógłbyś
Rzucić nas choćby na chwilę”.

Zanim zaczniesz narzekać

wiosna-2015

Każdy z nas lubi sobie ponarzekać, lubimy się nad sobą rozczulać jacy to jesteśmy biedni, jak życie daje nam w kość, a przecież zasłużyliśmy na wszystko co najlepsze. Kiedy wpadniecie w taką spiralę narzekania, pomyślcie sobie o tym ,że są na świecie ludzie, którzy jeszcze bardziej na to nie zasłużyli, a jednak los sprawił im paskudnego psikusa i obdarował nieuleczalną chorobą.

Sabinę znam od ponad 15 lat i mam takie podejrzenie ,że jest to osoba która wyjątkowo przyciąga do siebie wszystkie nieszczęścia. Wydawało się ,że po toksycznych rodzinach, nieudanym małżeństwie i jeszcze bardziej nieudanym związku z facetem, który liczył wyłącznie na kasę, już nic więcej  los nie będzie w stanie wymyślić. A jednak. Sabina przez kilka lat skarżyła się na kręgosłup, wszyscy traktowali to jako dodatek do pracy siedzącej. Jednak leczenie nie przynosiło poprawy. Kiedy przyszedł pierwszy rzut choroby, nikt na to nie był przygotowany. Padła diagnoza niczym wyrok – stwardnienie rozsiane. I jakby tego było mało pracodawca ,który się o tym dowiedział zwolnił Sabinę z pracy. Ot taki prezent tuż przed Bożym Narodzeniem…

Nie poddała się ,założyła własną firmę – usługi księgowe. Światełkiem w tunelu był zakwalifikowanie jej do leczenia interferonem-może nie wyleczy ale stopuje chorobę. Leczenie ma zapewnione do czerwca 2015, bo NFZ uznał ,że nie ma  znaczącej poprawy ,więc po co wydawać kasę na tak opornego pacjenta. A to, że lek wstrzymuje na tyle chorobę ,że Sabina może jeszcze pracować i nie jest na utrzymaniu państwa to jakoś do nikogo nie dociera. Ręce opadają..

Więc jeśli chcesz sobie ponarzekać ,jaki to ten świat jest okropny i jak Cię źle traktuje , to zanim zaczniesz to robić wpisz w zeznanie podatkowe podane niżej konto i przekaż 1% Sabinie, żeby wspomóc ją w walce z chorobą.

A dla Ciebie niech będzie to okazja za podziękowanie losowi ,że tym niespodziewanym „darem” obdarzył ją, a nie Ciebie.

I cóż ? czyż nie jesteś szczęściarzem?

 

Przekaż 1% podatku dochodowego
chorym na stwardnienie rozsiane

Wpisz w zeznaniu podatkowym 

Fundacja Na Rzecz Chorych na SM im.bł..Anieli Salawy

KRS: 0000055578
cel szczegółowy: SABINAM

 

 

WALENTYNKOWA OBSESJA

JABŁKOKiedy mijał pi

Kiedy mijał pierwszy tydzień lutego do Romana docierał fakt ,że powoli zbliża się dzień, który co tu kryć porównywał do urodzin teściowej. Bynajmniej o  tym tragicznym dniu nie przypominał Romanowi nikt z rodziny, lecz czerwone serduszka zwisające obficie z każdej sklepowej wystawy.

- O szlag…znowu Walentynki – zawarczał Roman, szarpiąc energicznie przerzedzoną czuprynę – Wiesiu, czy już wymyśliłes co kupisz żonie na Walentynki? – zapytał Roman kolegę z sąsiedniego biurka.

- Mhy- pokiwał głową Wiesiu, przełykając kanapkę – mam.

- A mogę wiedzieć o co to? bo nie mam pomysłu?- ożywił się Roman.

- Możesz, to żadna tajemnica – wzruszył ramionami Wiesiu – co roku dostaje to samo.

- Nie mów! i nie narzeka? – zdziwił się Roman.

- Nie ,zawsze  bardzo się cieszy.

- No to co to jest?- dopytywał się Roman.

- Dzień wolnego!

- Słucham?!- niedowierzał Roman własnym uszom – jak to dzień wolnego?

- Wolnego od dzieci – uściślił Wiesiu – nie wiem czy pamiętasz ,ale mamy czwórkę dzieci.

- A…..no tak – dotarło do Romana, kiedy przypomniał sobie tą szarańczę z którą kiedyś widział Wiesia w parku.

- I co ona robi z tym wolnym dniem? – dopytywał się Roman.

- Nie wiem- wzruszył ramionami Wiesiu- gdzieś sobie idzie.

- A Ty?- zainteresował się Roman – a Ty co wtedy robisz?

- A co mam robić? – zdziwił się Wiesiu –siedzę z dziećmi !

- A……..-dotarło do Romana – tak to działa!

***

-Iza, domyślasz się co dostaniesz na Walentynki? – zapytała Dorota swojej przyjaciółki – bo jak mi Roman znowu kupi maszynkę do robienia pierogów albo drylownice do wiśni, to daje słowo że  nie wytrzymam i walnę go w łeb!

- Ja się nie domyślam – Iza pogardliwie wydęła usta – ja tam dobrze wiem co dostanę !

- Tak ? a skąd? – zdziwiła się Dorota.- Myślałby kto, że Jurek jest taki domyślny!

- Nie jest –pokiwała głową Iza – i dlatego zamówiłam sobie u niego prezent.

- No wiesz!- obruszyła się Dorota – a gdzie moment zaskoczenia?!

- Ale ja przecież bardzo ładnie udaję zaskoczoną! – oburzyła się Iza.

- E ….to nie to samo ! To w ogóle nie jest romantyczne!

- Dorota daj spokój, Ty jeszcze uważasz ,że po 20 latach małżeństwa  Walentynki mogą być jeszcze romantyczne? Nie bądź naiwna! Wystarczy, że będą praktyczne!

- No wiesz! –obraziła się Dorota – Roman zawsze pamięta o Walentynkach i ZAWSZE kupuje mi prezent!

- Mówisz o drylownicy czy o maszynce do pierogów? A może o tych perfumach z kiosku na rogu co Ci wyszło uczulenie?

-I co? Mam mu tak po prostu powiedzieć co mi ma kupić? – zaperzyła się Dorota.

- Nie musisz mówić , ja Jurkowi zostawiam na lustrze małą karteczkę z nazwą perfum i tyle! To trochę jak list do św.Mikołaja.

***

Jednak to co mówiła Iza dało Dorocie trochę do myślenia.

- Może faktycznie, mogę go trochę naprowadzić – zastanawiała się Dorota – bo jak znowu zobaczę sprzęt gospodarstwa domowego kupiony w najbliższym sklepie to ….- zazgrzytała zębami Dorota.

 ***

Myjąc zęby przed lustrem Roman zauważył na półeczce małą karteczkę z czerwonym napisem ,ewidentnie zapisaną przez Dorotę. Widniało tam tylko jedno słowo – obsesja. Popatrzył na nią obojętnie i nawet nie zastanowił się co tam jest napisane.W końcu o 6 rano trudno wymagać od człowieka ,żeby kojarzył fakty.

Na drugi dzień rano Roman znowu zobaczył karteczkę. Była w tym samym miejscu co poprzednia, ale dużo większa i zapisana krwistym mazakiem – „obsesja” – a obok czerwone serduszko.

- Dziwne – pomyślał Roman, ale 6 rano to nie jest godzina do rozpatrywania dziwactw żony.

W trzecim dniu, a było to na dzień przed Walentynkami, karteczka na półeczce znowu się pojawiła, ale była już w formacie A4 i była  przylepiona do lustra. W centralnym miejscu kartki widniało słowo – OBSESJA oraz pięć serduszek a pod spodem słowo „walentynki”. Roman przez dłuższą chwilę patrzył na kartkę i dopiero słowo „walentynki”  przeleciało iskrą po jego umyśle. Roman zaczął działać…

***

- I co ,dostałaś na Walentynki te perfumy ,które chciałaś? – zapytała Iza Dorotę, dwa dni po święcie zakochanych- Obsesja czy jakoś tak?

- Nie – odburknęła Dorota -  za to dostałam książkę „ Poradnik dla chorych na zespół natręctw”, bo Roman po mojej podpowiedzi uznał ,że mam jakieś obsesje! I nie ma się z czego śmiać !To Twoja wina, bo wymyśliłaś te głupie kartki! – krzyczała wściekła Dorota – ciekawe co Ty piszesz temu swojemu Jurkowi!

- Oj Dorota- zasmuciła się Iza – Ja piszę tak „Kochanie , na Walentynki poproszę perfumy Euforia, można je kupić w sklepie kosmetycznym na ul. Długiej 12 i kosztują 132 zł

- A gdzie element zaskoczenia! – obruszyła się Dorota

- Ja jestem elementem zaskoczenia , jak mu za te perfumy dziękuję – powiedziała Iza z błyskiem w oku.

SERCE

ARO -przyjaciel,który odszedł.

aro3

 Moje pierwsze spotkanie z Aro było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo po śmierci ukochanego psa Ciućmy, moi rodzice zapowiedzieli ,że to już koniec i nie będzie następnego czworonoga.

Więc kiedy mama do mnie zadzwoniła i powiedziała że ma niespodziankę i ktoś przyjechał, byłam pewna że pewnie chodzi o kogoś z rodziny z dalekich stron. Zaraz po wejściu do mieszkania zobaczyłam długi i czarny ogon, a potem resztę psa.

Aro był duży, dużo za duży do tego mieszkania. Strasznie hałasował ,bo jego energia musiała mieć ujście, a bieganie po mieszkaniu było nie możliwe.

Wielkie, czarne psisko z kłapciatymi uszami i dłuuuuuugim ogonem było tą niespodzianką.

Nie wiem gdzie zaczęła się historia Aro, bo jego losy jako szczeniaka były dla nas nie znane. Pojawił się u nas na osiedlu w marcu 2002.Plątał się po śmietnikach, zaczepiał ludzi-szukał domu który stracił, bo na szyi dalej miał obroże a za sobą ciągnął parcianą smycz. Jedna z sąsiadek, która go parę razy widziała powiedziała mojej mamie ,że pląta się po osiedlu taka „bida” i szkoda psa bo teraz zimno. I tak to w mieszkaniu nr 110 pojawił się Aro.

Mój tata raczej był przeciwny, żeby psa zatrzymać, ale mama się uparła, że go nie zostawi na takim mrozie. Tacie udało się jedynie wymóc na mamie ,że rozlepią ogłoszenia o znalezieniu psa. I tak mama miała nadzieję że nikt się nie zgłosi, a tata miał nadzieję ,że jednak właściciel się odnajdzie. I  któregoś dnia zadzwoniła pani ,która powiedziała, że właśnie zaginął im taki piesek, jak jest w opisie i czy może go zobaczyć. Mama już miała mokre oczy ,a tata nadzieję ,że pies okaże się tym właściwym. Pani która przyjechała zobaczyć psa, okazała się dawną znajomą mamy. Pies wyraźnie cieszył się na jej widok, skakał i szczekał na pół bloku. Pani do końca nie była przekonana czy to jest jej pies, ale syn z którym przyjechała był pewien, w związku z tym zapakowali ten 1 metr psa i 50 cm ogona do „malucha” i odjechali. Mama płakała rzewnymi łzami ,a tata jej tłumaczył ,że tam pies będzie miał dobrze bo mieszkają w domu z dużym ogrodem. Kiedy na drugi dzień przyszłam do rodziców, pies był już z powrotem. Okazało się ,ze pierwsze co zrobił po przyjeździe do odnalezionego domu to zapolował na dwa koty, demolując salon i jadalnię, urywając karnisz z firanką i wybijając szybę w oknie, bo koty ratowały się ucieczką przez uchylone okno, a on się nie zmieścił. Pani z synem doszła do wniosku, że to raczej nie jest ich pies ,bo tamten wychowywał się z kotami, które były mu zupełnie obojętne. Więc jeszcze tego samego dnia o godzinie 22 odwieźli psa pod 110.Mama była przeszczęśliwa ,bo zawsze chciała mieć dużego psa, a tata był przerażony ,bo pies ogonem zrzucił dwie szklanki z herbatą.

Aro siły miał za trzech, spacer z nim był nie lada wyzwaniem, bo nie można się było odprężyć i iść na luzie. Brak kontroli Aro wyczuwał znakomicie, wciągając delikwenta albo pod nadjeżdżający samochód lub też w największe krzaki. Psów generalnie nie lubił, a już najgorzej było ,jak się pojawił na widoku jakiś biały piesek. Aro wściekał się i chciał go zjeść. Oczywiście była to tylko poza, bo był strasznym tchórzem i kiedy był bez smyczy mógł go przestraszyć nawet jamnik. Charakter miał raczej trudny, bo był bardzo nie przewidywalny. Po kilku spacerach na których moja mama zwiedziła co większe chaszcze, rodzice doszli do wniosku ,że to tata będzie z nim wychodził, ale i tak  nie raz się zdarzało ,że przestraszony czymś pies przyholował mojego tatę „na butach” pod dom.

Aro to jedyny pies jakiego znam, który siadywał w parku na trawniku i obserwował lecące… samoloty. To również jedyny pies jaki z własnej woli, przez nikogo nie zmuszany „wychlapał” kieliszek wódki i nawet go nie „oczepało”. To także jedyny czworonóg jakiego znam, który jak się cieszył to skakał do góry odbijając się wszystkimi czterema łapami naraz, trochę jak taka postać rysunkowa. To także największa „płaksa” na osiedlu, bo przywiązany przed sklepem tak strasznie „płakał” i zawodził ,że ludzie wzywali Straż Miejską , bo się psu krzywda dzieje.

I tak jak po każdym przyjacielu, tak i po Aro pozostała pustka…

aro1aro2aro4

Blondynka kontra wódka

Tak się złożyło że zostałam wydelegowana do kupna prezentu dla kolegi z pracy. Prezent miał być w butelce i powinien zawierać alkohol, najlepiej czysty, nie kolorowy. Niby wszystko wiadomo ,ale akurat ja na alkoholu typu ”czysta „ to znam się tak samo dobrze ,jak na korbowodzie w samochodzie.

W sklepie okazało się ,że ilość tegoż rodzaju napitku jest trzykrotnie większy niż mi się wydawało, a jedyne co przyciągało moje oko to ewentualnie ciekawy kształt butelki. Żadna z przeczytanych nazw nic mi nie mówiła ,no i „rozstąp się ziemio” nie wiadomo co wybrać!

Ale od czego jest telefon do koleżanki !niby genialna myśl ,ale tylko na samym początku, bowiem  okazało się, że koleżanka jest tak samo dobrze zorientowana w temacie jak ja. Jedyne co mi poradziła to ,że zawsze się można kogoś zapytać i poradzić.

Ok- zapytać – tylko co powiedzieć żeby nie urazić człowieka

- Próbował Pan już to ?bo nie wiem czy pali rurę- chyba jednak nie wchodzi w grę

-Co Panu z tego asortymentu smakuje?- może jednak zbyt oficjalnie.

-Help! Blondynka w potrzebie!- może zostać źle zrozumiane.

Może zacznę od początku…

-Przepraszam Pana bardzo – zaczepiłam pana w kurtce khaki- mam taki kłopot, bo muszę kupić alkohol na prezent dla kolegi, a nie bardzo się na tym znam… mógłby mi Pan coś doradzić?

-Bież Pani tę z niebieską nalepką-daje kopa ,że kiepeła dymi!

-Aha, a coś droższego może?-

-A jak coś deluksik to ta w srebrnej niezły odlot daje!- zachwal pan w kurtce khaki.

- Co daje odlot?- zainteresował się pan w kożuszku- to ja wezmę dwie!- i już pan w kożuszku wyciągnął ręce po dwie flaszki ,ale spojrzał na cenę i odsunął się gwałtownie-Panie ! za tą cenę to ja mam trzy takie z tą czerwoną kokardką!

-Ale Pani szuka czegoś na prezent! Ja też wolę tę z kokardką albo tą z niebieską nalepką!

-No właśnie na prezent szukam…a ta wielka flacha 1,5?znacie Panowie tę wódkę?

-E….- obruszył się pan w kurtce khaki – takie tam szkło! Byle jakie, lekko rżnięte! To nie do picia, proszę Pani. Łeb po tym napier….znaczy boli.

-A to  nie- odsunęłam  się od regału –jeszcze tak źle to koledze nie życzę.

-I słusznie- weź pani tą w srebrym albo tę w tubie. Dekielek trzyma, prezent jak się patrzy!

- A co? ta w tubie niedobra?- zainteresował się pan w czarnej kurtce-ja bardzo lubię, jeszcze soku pomarańczowego dodać i jak na Hawajach!

-Panie, kto by jakieś siki do porządnej wódki lał!- oburzył się pan w kurtce khaki-to trzeba smakować, na języku rozetrzeć ,a nie z jakimś soczkiem chlać!

-Ja lubię z colą- pochwalił się pan w kożuszku- i plasterek cytrynki, delicje!

-A pani jak lubi?- zapytał mnie pan w czarnej kurtce.

-Nie wiem… nie mam doświadczenia w tej sprawie…

-Pani na prezent kupuje!- wyjaśnił pan w kurtce khaki.

-To może ja tą srebrną jednak wezmę…

- Ale weź pani te dwie w tubie! lepiej się kalkuluje, a kolega na pewno pochwali wybór!

-A może tą z drewnianym korkiem Pani weźmie? cena większa ale i butelka oryginalna- zachwalał pan w czarnej kurtce.

- Wie pan, jakby to chodziło tylko o samą butelkę to bym sobie poradziła, ale gorzej z zawartością…

-A to z zawartością ja pani pomogę! U mnie czy u pani?

- Nie, dziękuję ,ja to kupuję na prezent – wyjaśniłam panu w czarnej kurtce- biorę dwie w tubie i zmykam!- powiedziałam do moich doradców – bardzo dziękuję za pomoc, do widzenia!

- Nie ma za co-powiedział pan w kurtce khaki – a gdzie ta impreza? tak z ciekawości pytam?

- W Kielcach – skłamałam składnie-do widzenia!

-Daleko trochę…- rozmyślał pan w kurtce khaki.

- No patrz pan- usłyszałam jeszcze z daleka- wzięła dwie jak jej mówiłem! mądra dziewczyna ,chociaż blondynka!

To chyba był komplement…

4butelkij_rnppspn